poniedziałek, 29 października 2012

Sekretny język kwiatów - Vanessa Diffenbaugh



Tytuł oryginału: The Language of Flowers
Tłumaczenie: Małgorzata Miłosz
Stron: 400
Wydawnictwo: Świat książki
Moja ocena: 4/6


Po Sekretny język kwiatów sięgnęłam nieufna jak lawenda (porównanie adekwatne do tematyki książki, a co). Sama fabuła nie do końca mnie przekonywała, jednak mnogość pozytywnych opinii na temat debiutu Vanessy Diffenbaug spowodowała, że nie mogłam przejść obok tej powieści obojętnie. Obawiałam się, że wszystkie ochy i achy będą nieco nad wyraz, a ten cały kwiatowy wątek nie przypadnie mi do gustu i uznam za kiczowaty. Starając powstrzymać się nieco sceptyczne nastawienie, zabrałam się za lekturę. Czy warto skusić się na Sekretny język kwiatów?

Victoria miała najgorsze dzieciństwo, jakie może spotkać dziecko. Jako sierota została ulokowana w domu dziecka, albo w kolejnych rodzinach zastępczych. Nigdzie nie potrafiła zagrzać dłużej miejsca, opisywano ją jako aspołeczną i nie mogącą się przystosować do nowego otoczenia. Czy to była wyłącznie wina dziewczynki, a może po prostu spotykała nieodpowiednie osoby? W końcu trafia do Elizabeth, która mimo wszystko chce zatrzymać Victorię. Początkowo dziewczynka była strasznie nieufna, ale z czasem uwierzyła, że może z Elizabeth stworzyć rodzinę. Całą historię poznajemy z punktu widzenia Victorii, która obecnie skończyła osiemnaście lat i wraca do wspomnień sprzed kilku lat. Co się stało, że nie została razem z Elizabeth? Dziewczyna próbuje uporać się z przeszłością i jednocześnie odkrywa w sobie niezwykły talent. Zna sekretne znaczenie niemal wszystkich kwiatów i potrafi stworzyć bukiety, które pomagają wielu ludziom w bliżej nieokreślony sposób.

Już sam tytuł nam podpowiada, że w książce dużą rolę będą odgrywać kwiaty i ich znaczenie. Dotychczas nie zastanawiałam się nad tym, co mogą oznaczać poszczególne bukiety, zupełnie nie przywiązywałam do tego wagi. Kwiat to kwiat, prawda? Otóż niekoniecznie! Każdy w nich kryje w sobie informację, której, zupełnie nieświadomi, możemy nie rozszyfrować i nie docenić. Początkowo opisy znaczeń poszczególnych kwiatów mnie nużyły i może nawet przeszkadzały, ale z czasem stwierdziłam, że jest to na swój sposób fascynujące. Spodobała mi się scena, w której bohaterowie wręczając sobie kwiaty, przekazywali sobie istotne wiadomości. Po prostu rozumieli się bez słów. Swoje stanowisko i emocje wyrażali poprzez język, który potrafi zrozumieć niewiele osób. Nie od razu zafascynowała mnie ta sekretna mowa, ale w pewnym momencie uznałam, że ma w sobie coś magicznego. Dzięki temu aspektowi książka w dużej mierze zawdzięcza swój urok.

Akcja powieści płynie w refleksyjnym rytmie, jakby miała na celu uspokoić skołatane nerwy. Jednak nie brakuje w niej emocji, książka jest nimi naszpikowana i nie zawsze są to pozytywne odczucia. Przez większość część lektury odczuwałam nieokreślony niepokój. Historia jednak paradoksalnie pozwala się wyciszyć. Dlaczego? Może właśnie ze względu na istotną rolę kwiatów, które otaczają nas z każdej strony, albo kwestia leży w samym rozegraniu fabuły. Sekretny język kwiatów nie jest książką pełną nieoczekiwanych zwrotów akcji, które trzymają w napięciu i wywołują gamę ambiwalentnych emocji. Nie. Powieść Vanessy Diffenbaugh to zupełnie inny rodzaj lektury, który zmusza do zatrzymania, chwili oddechu i powolnemu rozkoszowaniu się każdym słowem. Przynajmniej takie odebrałam wrażenie. Początkowo trudno było mi się przestawić i wczuć w tę historię, ale kolejne strony ułatwiały mi to coraz bardziej. Były jednak fragmenty, które wprawiały mnie w ogromny smutek i przygnębienie, albo czułam złość z powodu zachowania Victorii i decyzji, które podejmowała.

Nie jestem pewna, czy polubiłam główną bohaterkę. Wydała mi się całkowicie oderwana od rzeczywistości, jakby na niczym jej nie zależało i była święcie przekonana, że nic dobrego nie może ją spotkać. Coś mnie jednak w niej intrygowało, próbowałam zrozumieć jej zachowanie i liczyłam, że w końcu wyjdzie ze swojej skorupy i otworzy się na ludzi. Bardzo też byłam ciekawa Elizabeth i jej stosunków z siostrą, kryła się tutaj jakaś tajemnica. Zastanawiałam się, co musiało się wydarzyć, że przekreśliło siostrzaną więź, a próby ponownego kontaktu były natychmiast gaszone. Autorka nie od razu zdradza nam sekret, tylko powoli odkrywa karty, rozbudzając w ten sposób ciekawość. Grant również jest dość tajemniczą postacią i chyba wzbudził moje największe zainteresowanie i żałuję, że Diffenbaugh tak niewiele poświęciła mu uwagi. Bohaterowie nie są szablonowi, każdy z nich zmaga się z własnymi demonami i ma swoją przeszłość, która go ukształtowała.

Sekretny język kwiatów był dość specyficzną lekturą. Zazwyczaj sięgam po nieco inny typ książek, ale pomyślałam, że warto spróbować czegoś niecodziennego. Trudno mi jednoznacznie wydać werdykt, czy historia stworzona przez Diffenbaugh przypadła mi do gustu. Cały czas z niepokojem śledziłam poczynania bohaterki i to uczucie zaniepokojenia nieco mi przeszkadzało podczas czytania, momentami chciałam książkę odłożyć, ale jakaś siła przyciągała mnie do niej ponownie. Autorka poruszyła trudne tematy, jak życie dziecka w rodzinach zastępczych, czy trudy macierzyństwa, wkładając w to mnóstwo emocji, które bez wątpienia dają się odczuć. Książka na szczęście kończy się pozytywnym akcentem udowadniając, że każdy błąd można naprawić i uzyskać przebaczenie. Sekretny język kwiatów bez wątpienia dostarczy mnóstwo emocji i skłoni do chwili refleksji.

piątek, 26 października 2012

W milczeniu - Erica Spindler



Tytuł oryginału: In Silence
Tłumaczenie: Klaryssa Słowiczanka
Stron: 480
Wydawnictwo: Mira
Moja ocena: 4/6


Miałam sobie zrobić przerwę od kryminałów, ale nie mogłam się powstrzymać i wypożyczyłam z biblioteki W milczeniu autorstwa Eriki Spindler. Z twórczością tej autorki miałam już do czynienia, więc wiedziałam, czego mogę się mniej więcej spodziewać. Pisarka cieszy się niemałą popularnością wśród miłośników thrillerów, więc pomyślałam, że warto po raz kolejny zaryzykować. Poprzednia jej książka, którą czytałam, nie powaliła mnie na kolana, ale przecież nie będę przekreślać autorki po jednej nieudanej lekturze. Tym razem trafiłam lepiej.

Avery po kilkunastu latach wraca do rodzinnego miasteczka za sprawą tragicznej wiadomości. Jej ojciec, szanowany obywatel, którego wszyscy darzyli sympatią, popełnił samobójstwo. Młodej kobiecie trudno w to uwierzyć, chociaż wszystkie ślady na to wskazują. Podczas robienia porządków Avery znajduje pudełko pełne starych wycinków z gazet, które dotyczyły morderstwa sprzed piętnastu laty. Dlaczego ojciec zbierał te informacje? Wszystko staje się jeszcze bardziej podejrzane, kiedy w miasteczku zostają odnalezione zwłoki kobiety, a pewien mężczyzna ginie w niewyjaśnionych okolicznościach. Czy te sprawy się ze sobą łączą? W Avery rodzi się przypuszczenie, że ojciec wcale nie popełnił samobójstwa, a stał się ofiarą morderstwa.

Erica Spindler miała nienajgorszy pomysł na intrygę kryminalną, może mało oryginalny, ale na pewno wzbudzający zainteresowanie. Akcja toczy się w małym miasteczku, w którym pewna grupa osób postanowiła pilnować porządku, nie zważając na lokalną policję. Organizacja ta miała jednak własne pojęcie o tym, co jest dobre dla społeczności, a ich działalność przeradzała się w niebezpieczny fanatyzm. Można się pokusić o stwierdzenie, że działali na zasadzie sekty, ale mieli nieco inne priorytety i dość potworne sposoby, aby zachować odpowiedni wizerunek miasteczka. Ofiar nie brakuje i autorka wykazała się niemałą wyobraźnią, wymyślając sposób ich śmierci. Nie ma banalnego strzału w głowę, czy uduszenia, jest nieco bardziej makabrycznie, co na pewno znajdzie uznanie wśród fanów thrillerów. To jednak nie wystarczyło, aby stworzyć atmosferę grozy i czystego strachu. W milczeniu nie należy do tego typu lektur, podczas których w napięciu śledzimy akcję, obgryzając paznokcie i wzdrygając się przy najmniejszym szmerze. Niestety, nie jest to mrożąca krew w żyłach historia, że po przeczytaniu będziemy się bali zgasić światło. Nic z tego, książka może wywołać jedynie malutki powiew makabry i spowodować leciutkie ukłucie trwogi.

Dlaczego książka nie zrobiła na mnie takiego wrażenia, jakie oczekuje się podczas czytania thrillerów? Wina przede wszystkim leży po stronie bohaterów, którzy są strasznie schematyczni i do bólu przewidywalni. Autorka oczywiście próbuje nas zmylić, opisując charakter poszczególnych postaci i spróbować wpłynąć na ich odbiór, zapewniając że ten jest dobry, a ten jakiś podejrzany. Jestem jednak przekonana, że miłośnicy kryminałów, od razu przejrzą tę zagrywkę i szybko się domyślą, jak się sprawy naprawdę mają. To niestety psuje przyjemność z czytania. Szybkie odkrycie sprawcy jest dużym minusem i powinno być wręcz niedopuszczalne. Czytając kryminał, lubię czuć tę nieustanną niepewność i zastanawiać się, kto jest mordercą. Tutaj niestety ten aspekt szybko odpadł, pozostało jedynie zastanawiać się nad motywem, który niestety po części również był znany. Jednak nie można było przewidzieć poczynań mordercy i to właśnie było najbardziej intrygujące.

Książkę czyta się naprawdę szybko i przyjemnie, kartki po prostu same uciekają. Autorka nie przytłacza zbędnymi opisami, charakterystyka bohaterów jest pobieżna, ale w zupełności wystarczająca. Akcja toczy się wartko, nie ma chwil przestoju i niepotrzebnego ględzenia o niczym. Język może nie jest bogaty, ale w przypadku takiego lekkiego kryminału nie odgrywa to znaczącej roli i nie przeszkadza w odbiorze. W milczeniu nie jest wymagającą lekturą, ale przyjemnym czytadłem z malutkim dreszczykiem emocji. Sięgając po ten tytuł, nie oczekiwałam żadnej rewelacji, więc nie czuję się rozczarowana i nie narzekam na zmarnowany czas. Mimo kilku mankamentów, książka potrafi trzymać w napięciu, ponieważ pojawiają się nowe wątki, na jaw wychodzą sekrety i akcja idzie naprzód.

Biorąc pod uwagę poprzednią pozycję autorki, którą czytałam, W milczeniu wypada o wiele lepiej. Intryga kryminalna nie jest jakaś najgorsza, chociaż dość przewidywalna. Bohaterowie są w porządku, ale podczas czytania nie poświęciłam im zbyt dużo uwagi. Dla porównania w książkach Charlotte Link pojawia się rewelacyjne studium psychologiczne postaci, w przypadku pani Spindler tego nie uraczymy. Nie mówię, że W milczeniu było beznadziejne, bo spełniło swoje zadanie, książka mnie zaciekawiła i wciągnęła. Nie mogę jej nazwać budzącym grozę thrillerem, ale jest to w miarę dobry kryminał. Lubię takie historie i nie przeszkadzała mi nawet przewidywalność. A na osobach, które rzadko sięgają po taki gatunek, książka może nawet zrobić większe wrażenie. 

poniedziałek, 22 października 2012

Muskając aksamit - Sarah Waters



Tytuł oryginału: Tipping the velvet
Tłumaczenie: Magdalena Gwalik - Małkowska
Stron: 421
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Moja ocena: 2/6


Muskając aksamit wyszperałam na bibliotecznej półce. Sam tytuł bardzo mi się spodobał, a nazwisko autorki brzmiało znajomo. Okazało się, że w jej dorobku znajduje się Złodziejka – powieść, którą czytałam jakiś czas temu i która zafascynowała mnie klimatem wiktoriańskiej Anglii. Pełna dobrych przeczuć wypożyczyłam książkę, licząc na zajmującą lekturę. O jakie było moje rozczarowanie!

Historię poznajemy z punktu widzenia Nancy, która jest narratorką powieści. Do jej rutynowego życia wkrada się zupełnie coś nieoczekiwanego. Poznaje Kitty Buttler, artystkę, która występuje na deskach teatru. Zaprzyjaźniają się ze sobą i pewnego dnia Nancy oznajmia rodzinie, że wyjeżdża do Londynu wraz z nowo poznaną przyjaciółką. Szybko przyzwyczaja się do życia w mieście i zaczyna własną karierę. Z nieśmiałej córki sprzedawcy ostryg przeistacza się w gwiazdę rewii londyńskiej. Wydawałoby się, że Londyn sprostał jej oczekiwaniom i pomógł spełnić marzenia. Jednak pewna sytuacja rujnuje wszystko, Nancy nie tylko rezygnuje z pracy w teatrze, ale również traci osobę, którą pokochała od pierwszego wejrzenia.

Książkę zaczęłam czytać z wielkim zainteresowaniem, przede wszystkim ze względu na tło epoki – Anglia pod koniec XIX wieku od dawna wzbudza moją fascynację. Jednak z każdą kolejną kartką rosło moje rozczarowanie. Muszę zaznaczyć, że autorka  potrafi stworzyć odpowiednią atmosferę tamtych czasów, ale to jest jedyny plus tej książki. Waters jako znawczyni powieści wiktoriańskiej serwuje nam mnóstwo szczegółów dotyczących strojów, ciemnych zakątków miasta, czy panujących wtedy obyczajów. Trzeba przyznać, że zrobiła to w niezwykle realistyczny sposób i bez trudu można wczuć się w ten osobliwy XIX – wieczny klimat. Jednak mimo tematyki, która może wzbudzać kontrowersje, a nawet momentami siać zgorszenie, książka jest po prostu nudna. Akcja wlecze się jak flaki z olejem, bohaterka tylko błąka się po ulicach Londynu, albo oddaje seksualnym zabawom. Jedynie fragmenty dotyczące pracy w teatrze wydały mi się interesujące, cała reszta mnie nużyła i w efekcie przeskakiwałam co kilka kartek, czytając pobieżnie z nadzieją, że w końcu coś zacznie się dziać. Nie oczekiwałam wybuchu wulkanu, nagłej zarazy, czy Kuby Rozpruwacza, szukającego kolejnej ofiary, ale przydałby się choć minimalny skok akcji. Może częste opisy zbliżeń, momentami nieco perwersyjnych, miały dodać pikanterii, ale chyba nie zdało to egzaminu.

W tej historii po prostu nic ciekawego się nie dzieje, a główna bohaterka tylko mnie irytowała swoim zachowaniem. Początkowo Nancy wydała mi się dziewczyną może nieco zagubioną, ale mającą w sobie potencjał, a niestety nie zyskała w moich oczach. Naiwna dziewczynka ze swoim ślepym uwielbieniem zmieniła się w bezmyślną pannę, która nie ma własnego zdania i jej jedynym celem w życiu są uciechy łóżkowe. Nie potrafiła się odnaleźć, przybierała różne stroje i maski, gubiąc po drodze swoje prawdziwe ja. Stawała się kimś, kim oczekiwano żeby była. Może za surowo ją oceniam, ale takie odniosłam wrażenie, Nancy strasznie mnie denerwowała swoim podejściem do życia.

Muskając aksamit to historia o niespełnionych marzeniach i bólu porzucenia przez ukochaną osobę. Nancy po przybyciu do Londynu wiodła życie na dość dobrym poziomie, ale szybko dotknęła ją brutalna rzeczywistość, dając wręcz po twarzy i odbierając resztki naiwnego spojrzenia na świat. Jest to książka o poszukiwaniu własnego miejsca i zrozumieniu swoich pragnień, których spełnienie daje szczęście i ukojenie. Powieść więc powinna wprost kipieć od emocji, ale szczerze, to nie doszukałam się ich zbyt wielu. Pamiętam wyłącznie początkową rozpacz Nancy, a potem tylko nieokreśloną pustkę. Chyba nie potrafiłam wczuć się w tę historię, która mimo wszystko wydała mi się po prostu nijaka. Bo ile można czytać o lesbijskich skłonnościach, na których opiera się cała książka.

To moje drugie spotkanie z twórczością Waters i również w tej książce pojawia się motyw homoseksualnej miłości. Tym razem autorka niczym mnie nie zaskoczyła, ponownie ta sama sceneria wiktoriańskiej Anglii i bohaterka, która odkrywa swoje seksualne potrzeby. Najbardziej podobało mi się tło historyczne, które zostało sumiennie odwzorowane, ale książka niestety mnie rozczarowała. Była jakby powieleniem poprzedniej, którą miałam okazję czytać. Wydaje mi się, że Muskając aksamit zrobi większe wrażenie na tych, którzy nie mieli dotychczas do czynienia z twórczością Waters. Tematyka potrafi wzbudzić mieszane uczucia, a osadzenie akcji w XIX - wiecznej Anglii jest ogromną zaletą, ponieważ historia ma swoisty klimat. Czy polecam tę książkę? Muskając aksamit ma w sobie coś nieuchwytnego, co może zafascynować, albo wprowadzić w znużenie. Musicie sami się przekonać.

sobota, 20 października 2012

A między nami ocean... - Susan Wiggs



Tytuł oryginału: The Ocean Between Us
Tłumaczenie: Barbara Kośmider
Stron: 460
Wydawnictwo: Mira Harlequin
Moja ocena: 5,5/6


O książkach Susan Wiggs naczytałam się sporo dobrego i byłam ciekawa jej twórczości. W bibliotece zwróciłam uwagę na A między nami ocean..., ale nie byłam za bardzo przekonana, bo stwierdziłam, że chyba nie pora na poruszającą historię. Ostatecznie jednak wypożyczyłam książkę, bo zaintrygowała mnie postać głównego bohatera – oficera marynarki. Autorka bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła, fabuła okazała się niezwykle wciągająca i zrobiła na mnie niemałe wrażenie.

Rodzina Bennettów nie może narzekać na rutynę i brak wrażeń. Dlaczego? Steve, mąż i ojciec, jest oficerem marynarki i co kilka lat są zmuszeni przenieść się w nowe miejsce. Początkowo Grace była podekscytowana przeprowadzkami, dopingowała męża i starała mu się pomóc w karierze. Za każdym razem, gdy Steve musiał wyjechać, rozłąka bolała, ale Grace była pełna zrozumienia. Z czasem jednak zaczęło się to zmieniać, dzieci dorosły i kobieta zapragnęła stabilizacji. W ich małżeństwie zaczęły pojawiać się rysy, a dodatkowo nagle na jaw wychodzi tajemnica z przeszłości Steva, z którą Grace nie potrafi się pogodzić. Gdy mężczyzna wyrusza na kilkumiesięczne szkolenie, rozstają się niespokojni z mnóstwem niedopowiedzeń i przeświadczeniem, że to może być koniec. Kiedy Grace dostaje wiadomość, że na lotniskowcu miał miejsce wybuch, a jej męża uznano za zaginionego, ogarnia ją przerażenie i zastanawia się, czy będą mieli jeszcze możliwość, aby wszystko naprawić.

O czym jest książka Susan Wiggs? Przede wszystkim jest to historia o miłości, pragnieniach, marzeniach tych spełnionych i tych czekających na realizację, trudnych decyzjach i poszukiwaniu szczęścia. Autorka stworzyła na pozór zwykłą historię rodzin marynarskich, które zdecydowały się na niełatwe życie pełnie pożegnań, długiej rozłąki z bliskimi, wyczekiwania i nadziei. Dzięki nietuzinkowej kreacji postaci i świetnemu opisowi ich uczuć historia zyskuje na autentyczności, co jest ogromnym plusem. Bez trudu można wczuć się w położenie bohaterów, zrozumieć ich postępowanie i z całego serca życzyć im szczęścia, jakby znało się tych ludzi od dawna. Najbardziej zafascynowała mnie postać Steva, ale z uwagą też obserwowałam zachowanie Josha, czy poczynania młodych Bennettów. To właśnie ten realizm i opis codzienności, która jest pełna przeciwności losu, powoduje, że książkę czyta się z dużym zaangażowaniem. Mnie ta historia bardzo poruszyła i kilka razy musiałam ją odłożyć i chwilę odczekać.

Dawno żadna książka nie wywołała we mnie tylu emocji i sama się dziwię, że tak ją odebrałam. Trudno było mi przebrnąć przez pierwsze kilkanaście stron, ponieważ miałam w sobie dziwne przeświadczenie, że historia będzie przygnębiająca. Lektura jednak wciągała mnie coraz bardziej, fabuła mnie bardzo zainteresowała,  zżyłam się z bohaterami i z uwagą śledziłam ich losy. Moje odczucia zmieniały się co kilka kartek, smutek zamieniał się w irytację, którą zastępował niepokój i nadzieja, że wszystko jednak dobrze się skończy, momentami pojawiał się uśmiech, zaraz po nim napięcie i ogromne wzruszenie. Nie spodziewałam, że ta książka niesie ze sobą taki ładunek emocji. A między nami ocean… to słodko-gorzka historia, która porusza kilka kwestii, nad którymi warto się chwilę zastanowić. Na jak wielkie poświęcenie jesteśmy gotowi dla swoich bliskich? Czy kariera zawodowa powinna być najważniejszym celem w życiu, a rodzina tylko miłym dodatkiem? Na te pytania, jak i wiele innych, odpowiedź można znaleźć na kartkach książki Wiggs. Świetna powieść obyczajowa, którą szczerze polecam.