Pokazywanie postów oznaczonych etykietą młodzieżowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą młodzieżowa. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Klątwa Tytana - Rick Riordan


Tytuł oryginału: The Titan’s Curse
Tłumaczenie: Agnieszka Fulińska
Stron: 308
Wydawnictwo: Galeria książki



Klątwa Tytana to trzeci tom młodzieżowej serii Percy Jackson i bogowie olimpijscy, która mnie bardzo wciągnęła. Jak sam tytuł podpowiada, jest to opowieść, w której nie brakuje motywów mitologicznych. I uważam to za świetny pomysł! Koncepcja autora od razu przypadła mi do gustu. Dla jednych mitologia to nuda i szkolna trauma, innych natomiast fascynuje. Jedno jest pewne, historia o bogach i herosach w wydaniu Ricka Riordana jest barwna i pasjonująca. Świetnie się bawię, czytając tę serię.

W Klątwie Tytana poznajemy dalsze przygody głównego bohatera, a jest nim czternastoletni Percy Jackson. Żywiołowy chłopak, który często wpada w tarapaty i kilka razy był zmuszony zmieniać szkołę. Jego życie stanęło na głowie, kiedy dowiedział się, że jest herosem. Jego ojcem jest olimpijski bóg. W ferie zimowe Percy dostaje wiadomość z prośbą o pomoc od swojego najlepszego przyjaciela, więc natychmiast rusza z odsieczą. Ale nie wszystko poszło zgodnie z planem. Oczywiście w całej historii nie może zabraknąć czarnego charakteru i wiszącego w powietrzu niebezpieczeństwa. A tym niebezpieczeństwem jest Kronos, król tytanów, i cała zgraja potworów.

Autor zaserwował grecką mitologię w uwspółcześnionej wersji z Olimpem znajdującym się w Stanach Zjednoczonych, Apollem jeżdżącym czerwonym maserati, czy też Dionizosem chodzącym w dresie w lamparcie cętki. Jest w tym duża dawka humoru, ale też sprytnie przemycona wiedza na temat greckich bóstw. Riordan umiejętnie manewruje fabułą, uzupełniając akcję w mniej lub bardziej znane mity i robi to w bardzo ciekawy sposób, oczywiście dodając też sporo od siebie. Świat bogów olimpijskich w dobie XXI wieku nie może obejść się bez zabawnych, czasami wręcz absurdalnych sytuacji, ale nie pojawia się odczucie, że coś nie pasuje. Wręcz przeciwnie. Wszystko zgrabnie współgra ze sobą.

Klątwa Tytana to bardzo dobra kontynuacja przygód grupy przyjaciół pełnych niebezpieczeństw, niesamowitych zdarzeń i mitycznych stworzeń. Akcja płynie warto, bohaterowie są barwni, a ich perypetie przyciągają uwagę. Niezwykła wyprawa obfituje w zaskakujące wydarzenia, nie brakuje również dozy tajemniczości i zagadek, a niektóre sceny potrafią wywołać szeroki uśmiech. Zachęcam do poznania tej serii od początku, to naprawdę świetna rozrywka. Serdecznie polecam!

wtorek, 20 sierpnia 2013

Odmieniec - Philippa Gregory


Tytuł oryginału: Changeling
Tłumaczenie: Maciejka Mazan
Stron: 287
Wydawnictwo: Egmont


Philippa Gregory to autorka, która w swoich książkach w interesujący i drobiazgowy sposób kreśli realia historyczne, łącząc ze sobą autentyczne wydarzenia i postaci z fikcją literacką. Jej fabularyzowane biografie, zwłaszcza te osadzone w czasach Tudorów, cieszą się dużą popularnością. Odmieniec to początek nowej serii o nazwie Zakon Ciemności, książka została napisana w nieco innym stylu niż pozostałe powieści autorki i można ją podpiąć pod literaturę młodzieżową.

Niewiele brakowało, aby Luca Vero wpadł w poważne tarapaty. Dzięki swojej przenikliwości połączył kilka faktów i doszedł do pewnego wniosku, który inni odebrali jako herezję. Chłopak był przekonany, że czeka go kara śmierci, ale jego losy potoczyły się w całkiem niespodziewanym kierunku. Z dwoma innymi osobami udaje się w misję, która dla niego samego jest zagadką. Tymczasem siedemnastoletnia Izolda zostaje zmuszona do przeniesienia się do klasztoru i złożenia ślubów. Od kiedy pojawiła się w opactwie, zakonnice zaczęły lunatykować i miewać podejrzane wizje. Sprawę ma wyjaśnić Luca, który na polecenie papieża przybywa do klasztoru, jest to jego pierwsze zadanie jako inkwizytora. Gdzie powinien szukać wyjaśnienia tych niecodziennych sensacji?

Opowieść rozgrywa się w XV wieku, czyli w czasach głębokich przesądów i zabobonów, walki z heretykami i przeświadczeniu, że wszystko, co inne i nieznane jest niebezpieczne oraz szkodliwe. Umiejscowienie akcji w tym okresie historycznym silnie wpływa na wyobraźnię czytelnika, dostarczając zarówno niemało wrażeń, jak i cennych informacji. Autorka wybrała również odpowiednie miejsce – stary klasztor i obłąkane siostry to zalążek ciekawej historii, ale czy tak było w istocie? Owszem, widoczne są spore szanse na zajmującą i enigmatyczną opowieść, ale odniosłam wrażenie, że ów potencjał nie został w pełni wykorzystany. Kreacja bohaterów została zarysowana dość powierzchownie w moim odczuciu, przez co nie przywiązałam się do żadnej z postaci. Moją sympatię wzbudził jedynie niesforny Freize, którego poczucie humoru i sposób bycia dodają kolorytu.

Czy na tle wielu innych książek traktujących o średniowiecznych realiach, powieść Gregory się wyróżnia? Niestety, moim zdaniem wypada przeciętnie. Muszę przyznać, że lekturą Odmieńca poczułam się trochę rozczarowana. Fabuła momentami była bardzo przewidywalna i czytelnik dość szybko orientuje się, jak zakończy się poszczególny wątek. Rozwój akcji dostarcza niewielu niespodzianek i to jest największy zarzut. Para głównych bohaterów wydaje się odrobinę niemrawa, ale wynagradzają to postaci drugoplanowe, które są o wiele barwniejsze. Duży plus należy się za tło historyczne, które przyciąga i na swój sposób fascynuje. Książkę czyta się lekko i myślę, że sprawdzi się jako miła odskocznia od rzeczywistości, ale może też pozostawić pewien niedosyt.   

czwartek, 2 maja 2013

Wróżbiarze - Libba Bray



Tytuł oryginału: The Diviners
Tłumaczenie: Anna Studniarek
Stron: 610
Wydawnictwo: MAG


Książkę Libby Bray trudno zakwalifikować do jednego gatunku, ponieważ pojawia się motyw paranormalny, czyli będzie historia o duchach, nadprzyrodzonych zdolnościach i dziwnych eksperymentach, poza tym przewija się wątek kryminalny, gdzie trup ścieli się gęsto, a policyjne śledztwo donikąd nie prowadzi, wspomniane jest również nieco o uczuciach, bo przecież nie mogło zabraknąć miłosnych uniesień bohaterów. Niezła mieszanka, ale czy te wątki komponują się w interesującą całość? 

Evie O’Neill nie ma łatwego charakteru i kiedy wywołuje kolejny skandal, rodzice wysyłają ją do Nowego Jorku, gdzie dziewczyna ma przez pewien czas mieszkać u wuja. Dla Evie ten wyjazd nie jest żadną karą, a raczej przepustką do swobodnego życia i spełnienia marzeń. Siedemnastolatka oczywiście korzysta ze wszystkich atrakcji i spędza czas na zabawie wraz ze swoją przyjaciółką Mabel. W mieście dochodzi do podejrzanych morderstw i wuj Evie zostaje poproszony o pomoc. Dziewczyna wraz z nim wybiera się na miejsce zbrodni i za pomocą swoich nadprzyrodzonych zdolności odkrywa coś, co może być wskazówką w ujęciu mordercy. Jednak nie tylko Evie posiada taki talent, jest więcej osób, które posiadają niespotykane umiejętności.

Po Wróżbiarzy sięgnęłam przede wszystkim dlatego, że akcja powieści rozgrywa się w Nowym Jorku w latach dwudziestych ubiegłego wieku. Jest to czas postępu technologicznego, prohibicji i gangsterskiego półświatka, zmian społecznych z dozą szaleństwa na rewiach tanecznych. Jak autorka poradziła sobie z zarysowaniem tego tła historycznego? Myślę, że nie najgorzej – klimat został utrzymany, co jest dużym plusem tej książki. Główna bohaterka to niepokorna dziewczyna i muszę przyznać, że Evie początkowo mnie irytowała swoim zachowaniem, trudno ją było polubić. Wydawała się samolubna i tylko imprezy, najlepiej mocno zakrapiane, jej były w głowie, ale z czasem przyzwyczaiłam się do jej sposobu bycia. Co do wątku kryminalnego, to wiąże się on z motywem okultystycznym i podejrzanymi rytuałami. Nie był to może szalenie oryginalny pomysł, ale lubię tego typu historie. 

Przyznaję, że trochę męczyłam tę książkę, początek niezbyt mnie zainteresował i czytałam bez przekonania. Akcja rozwija się powoli i dopiero tak od połowy powieść naprawdę mnie wciągnęła. Bray poruszyła kilka wątków i odniosłam wrażenie, że autorka miała zbyt dużo pomysłów i nie wiedziała, na który powinna się zdecydować. Okazało się, że Wróżbiarze to pierwszy tom nowej serii, więc odpowiedź na nurtujące mnie zagadnienia otrzymam dopiero w drugiej części. Poczułam się na tyle zaintrygowana, że pewnie sięgnę po kolejną powieść. Najbardziej przypadło mi do gustu umiejscowienie akcji w latach dwudziestych XX wieku. Bardzo lubię ten okres, a Wy macie jakąś ulubioną epokę? Podsumowując, książka jest dobra, chociaż nie robi piorunującego wrażenia, jakiego się spodziewałam po przeczytaniu wielu pozytywnych recenzji o tej powieści. Wróżbiarze to taka młodzieżowa historia z dreszczykiem urozmaicona wątkiem mistycznym, różnorodnością bohaterów i rytualnymi morderstwami.

wtorek, 29 stycznia 2013

Drżenie - Maggie Stiefvater



Tytuł oryginału: Shiver
Tłumaczenie: Ewa Kleszcz
Stron: 455
Wydawnictwo: Wilga SA


W zasadzie na palcach jednej ręki mogę policzyć książki z gatunku paranormal romance, które miałam okazję czytać, ponieważ jakoś specjalnie mnie nie ciągnie do tego typu historii, ale czasami dam się przekonać. I takim też sposobem w moje ręce trafiło Drżenie, pierwsza część bestsellerowej trylogii. Były piękne wampiry, w między czasie pojawiły się straszliwe zombiaki, a teraz przyszła kolej na kochliwe wilki. Ostatnio, jak byłam w bibliotece to zaszalałam i wzięłam od razu trzy tomy, bo pomyślałam, że a nuż historia mnie wciągnie i dobrze będzie mieć wszystkie książki w zasięgu ręki.

Grace wraz z rodzicami mieszka na skraju lasu. Każdej zimy obserwuje pięknego wilka o złotożółtych oczach, który kilka lat wcześniej uratował ją przed atakiem sfory. Tymczasem mieszkańców miasta poraziła wiadomość o śmierci nastolatka, który prawdopodobnie został zaatakowany przez wilki. Kilka osób zdecydowało, że trzeba pozbyć się zagrożenia i ze strzelbami wybrali się do lasu. Przerażona Grace próbuje powstrzymać polowanie, myśląc o swoim złotookim wilku. Na skutek kolejnych wydarzeń dziewczyna poznaje Sama i odkrywa prawdę. Otóż Sam jest wilkołakiem.

Drżenie ma być współczesną historią o wilkołakach. I przy tym słowie na chwilę się zatrzymam. Wilkołak to mitologiczny groźny stwór i moja wyobraźnia zaraz podsunęła mi obraz wielkiej owłosionej bestii, która morduje, łaknąc krwi. Nie tym razem. Autorka stworzyła ugrzecznioną, wręcz romantyczną wersję wilkołaka, ponieważ w Drżeniu mamy do czynienia po prostu z milusimi wilczkami. Pełnia księżyca nie ma żadnego znaczenia, srebro też nie jest śmiercionośną bronią. U Stiefvater wilki pojawiają się zimą, gdy panuje okropny mróz, ponieważ przemiana dokonuje się za sprawą niskiej temperatury. Na początku pomysł wydawał mi się całkiem ciekawy, ale potem zaczęłam się zastanawiać. Skoro osoba dotknięta tą wilczą klątwą chce pozostać w swojej ludzkiej postaci, to dlaczego nie wyjedzie na Hawaje? Albo chociaż przez zimę niech siedzi w domu przyklejona do kaloryfera, ubrana w kombinezon narciarski. Skoro wystarczy pilnować, aby siedzieć w cieple, to można uniknąć wilczego żywota. W końcu autorka tłumaczy tę kwestię, w moim odczuciu dość nieprzekonywająco, że zarażone osoby są bardzo wrażliwe na zmiany temperatury i nawet podmuch klimatyzacji może spowodować przemianę.

Podobało mi się, że narracja prowadzona jest z dwóch stron, ponieważ we fragmenty opowiedziane z punktu widzenia Grace wpleciona jest historia widziana oczami Sama. Nasz wilczy bohater był trochę nijaki, to znaczy miał bardzo wrażliwe, niemal kobiece usposobienie. Wielka szkoda, że autorka nie wykreowała go na nieco bardziej groźnego i tajemniczego osobnika, wtedy by chyba robił większe wrażenie, mi wydawał się strasznie delikatny i mało konkretny, chociaż mimo wszystko polubiłam go. Grace przynajmniej nie była wiecznie mdlejącą dziewczyną, która usycha z miłości. Ogólnie kreacja bohaterów mnie nie powaliła, ot dwoje nastolatków ze swoją tajemnicą i uczuciami. Co mnie zaskoczyło, to rodzice Grace, którzy byli całkowicie oderwani od rzeczywistości. W porządku, można nie interesować się córką i całe dnie spędzać w pracy, ale żeby nie zorientować się, że od kilku tygodni w domu mieszka jeszcze jedna osoba?

Prawdę mówiąc, to w książce niewiele się dzieje, akcja płynie leniwie, opierając się ciągle na tej samej rutynie. Szkoła, odrabianie lekcji, trochę przytulania i włóczenia się po lesie, a w międzyczasie zdradzanie wilczych sekretów. Podczas czytania zastanawiałam się, jak tę stateczną historię, w której obyło się bez nieoczekiwanych wydarzeń, można rozciągnąć na trzy tomy. Owszem, czyta się szybko i przyjemnie, ale przydałoby się nieco więcej akcji. Pod koniec coś się ruszyło, bo ktoś wpadł na pomysł, że można znaleźć lekarstwo na wilczą klątwę. Przyznaję, że w książce było kilka ciekawszych aspektów, jak na przykład przemiana w wilka i świat widziany jego oczami, ale nie podzielam tych wszystkich zachwytów nad tą powieścią, chyba nie potrafiłam się w nią wczuć, a może jestem za stara na takie historie. Początek mnie wciągnął, ale im dalej w las, to byłam coraz bardziej znudzona. Czy polecam? Chyba tylko miłośnikom takich historii, może odnajdą w tej książce coś więcej. 

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Światła września - Carlos Ruiz Zafón



Tytuł oryginału: Las luces de septiembre
Tłumaczenie: Okrasko Katarzyna, Marrodan Casas Carlos
Stron: 256
Wydawnictwo: MUZA SA
Moja ocena: 4,5/6


Światła września to dopiero moje trzecie podejście do twórczości Zafóna, ale autor zdążył mnie już zauroczyć niezwykle klimatycznym tłem w swoich powieściach. Ta książka jest skierowana głównie do młodzieży, ale jestem przekonana, że i starszym czytelnikom przypadnie do gustu. Dotychczas książki tego hiszpańskiego pisarza kojarzyłam z nastrojowym obrazem Barcelony pełnej sekretów, ale tym razem autor zaprasza nas do Francji, gdzie będziemy mieli okazję odkryć kolejną tajemnicę.

Życie Simone Sauvelle po śmierci męża nie jest łatwe, kobieta musi spłacić długi i zapewnić odpowiednią opiekę dzieciom. Szczęście się do nich uśmiecha, ponieważ pani Sauvelle otrzymuje pracę u fabrykanta zabawek, więc rodzina przenosi się do małego domku w pobliżu nadmorskiej rezydencji nowego pracodawcy. Kim okazuje się ów człowiek? Na pozór wydaje się spokojny i przyjacielsko nastawiony, ale co skrywają niezliczone pokoje w jego domu? Irene i Dorian przyzwyczajają się do nowego otoczenia i starają się znaleźć sobie zajęcia, ponieważ matka dużo czasu poświęca pracy. Dni mijają spokojnie, aż dochodzi do tajemniczego morderstwa, a zagadkę stara się rozwikłać Irene wraz ze swoim nowo poznanym przyjacielem, śledztwo to niesie za sobą wiele niebezpieczeństw.

W czym tkwi fenomen książek Zafóna? Autor za każdym razem udowodnia, że potrafi zaczarować słowem, jego powieści mają charakterystyczny, nieco bajkowy klimat. Światła września nie są w tym przypadku odosobnione. Tym razem autor przenosi nas do malowniczej Normandii, w umiejętny sposób oddając urok tego miejsca. Niemal można poczuć bryzę chłodnego wiatru na twarzy i piasek pomiędzy palcami. W pobliżu, aby było bardziej klimatycznie, stoi stara latarnia, co za tym idzie, nie może zabraknąć legendy o duchach. Do kompletu dodajmy jeszcze rezydencję pełną mechanicznych zabawek. W ciągu dnia nie musi to robić najmniejszego wrażenia, ale nocą, kiedy wyobraźnia działa ze zdwojoną siłą, te dziecięce drobiazgi mogą przysparzać o dreszcz strachu. O tak, zabawki potrafią być przerażające, nie wiedzieć czemu natychmiast skojarzył mi się ten kingowski klaun i jego upiorny uśmiech, ale odbiegam od tematu. Atmosfera powieści Zafóna otula nas jak delikatna mgiełka, aby po chwili chwycić nas mocno za ręce i wciągnąć do środka. Co nas tam czeka? Otóż, znajdziemy się w miejscu, w którym powieje grozą i czym prędzej będziemy chcieli odkryć złowieszczą tajemnicę.

Początkowo akcja płynie spokojnie, Zafón stopniowo buduje napięcie, aż w końcu następuje nieoczekiwany obrót akcji i cała opowieść zmierza w niespodziewanym kierunku. Historia staje się coraz bardziej nieprawdopodobna, na jaw wychodzą sekrety, które mają w sobie szczyptę magii. To kolejna powieść autora, w której można doszukać się nieco baśniowości, która pochłania czytelnika bez reszty. Tym razem do tego magicznego klimatu, dodajmy jeszcze atmosferę grozy, która jest wyczuwalna do samego końca tej mrocznej opowieści. Zbliżając się do zakończenia, czujemy spory dreszczyk emocji, ale finał tej historii jest na swój sposób smutny. Okazuje się, że decyzja podjęta w przeszłości, może nieść ze sobą pasmo nieszczęść i niebezpieczeństw. Światła września to nie tylko powieść z dreszczykiem, to również historia o miłości i przyjaźni, która może wiele przetrwać. Podsumowując, jest to opowieść z lekką domieszką fantastyki i elementami  thrillera, czyli całkiem zgrabne połączenie, które zapewnia wciągającą lekturę.

środa, 9 stycznia 2013

W pierścieniu ognia - Suzanne Collins



Tytuł oryginału: Catching fire
Tłumaczenie: Hesko-Kołodzińska Małgorzata, Budkiewicz Piotr
Stron: 359
Wydawnictwo: Media Rodzina
Moja ocena: 4,5/6


Trylogii Suzanne Collins chyba nie muszę nikomu przedstawiać, te książki zrobiły niemałą furorę. Padają zarówno słowa uznania i zachwytu, ale nie braknie również krytycznych opinii. Niepewnie podchodziłam do lektury pierwszej części, ale Igrzyska śmierci mnie zaintrygowały i powieść przeczytałam w mgnieniu oka. Dopiero teraz udało mi się zdobyć kolejne części i z wielkim zapałem wróciłam do historii Katniss.

Na początku niewiele się działo, autorka bardziej skupiła się na opisie nastrojów, panujących w państwie.  I tu uwaga, zdradzam zakończenie pierwszej części! Głodowe Igrzyska wygrały przecież dwie osoby, co jest ewenementem, dodatkowo Katniss upokorzyła Kapitol swoim postępkiem. Machina władzy niebezpiecznie zatrzęsła się posadach, co wyraźnie widać podczas podróży do poszczególnych dystryktów. W ludziach powoli rodzi się bunt i są gotowi wszcząć rebelię, co głównie można zawdzięczać siedemnastoletniej pannie Everdeen. Śledzimy również poczynania Katniss, która obawia się o swoich bliskich, ale po tym, co nawywijała zamiast poprawić swoją sytuację, to przysporzyła sobie jeszcze więcej kłopotów. Poza tym zmaga się ze swoimi myślami i próbuje zrozumieć, co czuje. W końcu jest nastolatką i w jej sercu panuje straszna gmatwanina uczuć. Z jednej strony jest Peeta, którego bardzo polubiła, ale nie potrafi też zapomnieć o Gale'u, swoim najlepszym przyjacielu. Druga część książki jest o wiele ciekawsza, ponieważ rozpoczynają się kolejne igrzyska.

Można zarzucić autorce, że się powtarza, że wykorzystuje dobrze nam znany już motyw, ale na tym podobieństwa się kończą. Przede wszystkim pojawia się nowa arena walki, a co za tym idzie inne niebezpieczeństwa i pomysły na przetrwanie. Zawodnicy zawierają sojusze między sobą, ponieważ w grupie mają większe szanse zostać przy życiu jak najdłużej. Relacja między bohaterami jest tu ciekawym akcentem, każdy się zastanawia, komu może zaufać, a tak naprawdę wszyscy czekają na odpowiednią chwilę, aby zlikwidować przeciwnika, jednak czy wystarczy samozaparcia by zabić? Rozpoczyna się walka o przetrwanie i trochę żałuję, że ta część została potraktowana tak po macoszemu. Nie miałabym nic przeciwko dokładniejszym opisom kosztem innych fragmentów, które w moim odczuciu były zbędne. Bo ile można czytać o woskowaniu nóg, układaniu włosów, przymierzaniu sukienek? Wydaje mi się, że przygotowania Katniss nie są aż tak istotne dla fabuły, ale nie będę się czepiać. Ogólnie W pierścieniu ognia wypada nie najgorzej, ale trochę odstaje od pierwszej części.

Oprócz walki na arenie, ciekawym elementem są sami bohaterowie, ich usposobienie i tok rozumowania. Plus dla pani Collins, że nie stworzyła wyidealizowanej pannicy, która jest zdolna, piękna i wszystko wie najlepiej. Katnnis jest bardziej swojska, ma świadomość swoich mocnych stron, ale dostrzega również wady, których nie brakuje w jej postawie. Momentami jednak bywała denerwująca, bo robiła z siebie straszną męczennicę. Wydaje mi się, ze Peeta odegrał w tej części ciekawszą rolę niż w Igrzyskach śmierci, zmienił się i przewartościował priorytety, był bardziej wyrazisty. Autorka poświęciła też sporo uwagi emocjom, z którymi próbują się zmierzyć bohaterowie i jestem ciekawa, jak ta cała uczuciowa sytuacja zostanie rozwiązana w ostatniej części. Dodatkowo znowu jest pokazana brutalność władzy, to jaką marionetką są mieszkańcy dystryktów, chociaż powoli pojawia się rysa na idealnym obrazie państwa, które za pomocą okrucieństwa stara się zapanować nad buntującą się ludnością.

Książka bez wątpienia wciąga, zwłaszcza druga połowa jest interesująca i pełna zaskakujących zwrotów akcji. Ograniczone pole walki, które skrywa wiele tajemnic i niebezpieczeństw to był trafiony pomysł, który i tym razem zdał egzamin. Polecam całą trylogię pani Collins, jest to typowa młodzieżówka, która zapewnia świetną rozrywkę.

poniedziałek, 19 listopada 2012

Winter - Asia Greenhorn



Tytuł oryginału: Winter
Tłumaczenie: Kornelia Krzystek
Stron: 454
Wydawnictwo: Dreams
Moja ocena: 3/6


Jak tylko książka do mnie dotarła, zaraz zabrałam się do czytania. Dość rzadko sięgam po powieści dla młodzieży, bo większość jest niestety dość schematyczna, ale Winter mnie zaintrygowała. Swoją drogą tytuł teraz ładnie się wkomponował w nadchodzącą porę, książka okazała się miłym urozmaiceniem długich i zimnych wieczorów. Powieść jest debiutem autorki, co też trochę daje się odczuć, ale o tym za chwilę. Asia Greenhorn zaprasza czytelnika do małego walijskiego miasteczka, dacie się skusić?

Bohaterką jest nastoletnia Winter Starr, która razem z babcią mieszka w Londynie. Planują właśnie wyjazd, jednak starsza pani trafia do szpitala. Lekarze nie potrafią wytłumaczyć jej nieoczkiwanego pogorszenia zdrowia, co gorsza z kobietą nie ma kontaktu, ponieważ zapadła w śpiączkę. Winter zostaje zmuszona do przeprowadzki do małego miasteczka na północy Walii, gdzie czekają na nią nowi opiekunowie. Dziewczyna poznaje przyjaciół i próbuje się zaaklimatyzować w nowym otoczeniu, jednak niepokój o babcię cały czas ją męczy. W szkole Winter spotyka tajemniczego Rhysa, przed którym ostrzegają ją nowi znajomi. Nastolatka nie potrafi jednak walczyć z rodzącym się uczuciem. W miasteczku dochodzi do podejrzanych zniknięć i napadów, sama Winter zostaje zaatakowana. Postanawia odkryć prawdę, poznaje również tajemnicę własnego pochodzenia i sekret jej zmarłych rodziców. Co jeszcze skrywa ciche miasteczko?

Spoglądając na okładkę, od razu można zgadnąć, jaki autorka miała pomysł na fabułę. Te dwie rany na szyi dziewczyny są bardzo wymowne, prawda? Wampiry to bardzo chodliwy temat, chociaż wydaje mi się, że ostatnio są spychane na margines przez antyutopie, które stały się bardzo chwytliwym motywem. Wracając jednak do tych drapieżnych stworzonek, które mają obsesję na punkcie krwi. Tak się zastanawiam, czy ten cały wampiryzm stał się tak popularny za sprawą sagi Zmierzch, czy ja po prostu wcześniej nie zwróciłam na to uwagi? Po przeczytaniu książek pani Meyer stwierdziłam, że nie mam ochoty na podobne historie o kochliwych i nieziemsko przystojnych krwiopijcach. W końcu jednak pomyślałam, że warto skonfrontować tę najbardziej popularną wampirzą opowieść z inną. Czy Asia Greenhorn mnie zaskoczyła? Tym razem nie było brokatowych wampirów, które aby zaspokoić pragnienie polują na zwierzęta. Nie śpią też w trumnach, nie palą się na słońcu i nie uciekają, kiedy rzuci się w nich czosnkiem (chociaż żaden bohater tego nie próbował). Wampiry w wykonaniu pani Greenhorn niczym się nie różnią od zwykłych ludzi, mają tylko nieodpartą potrzebę wypić krwistoczerwonego płynu i czasami pokażą kły. Poza tym oczywiście się zakochują, walczą z przeciwnościami losu, a czarne charaktery mają swoje niecne plany, są groźne i niebezpieczne.

Autorka nie wykazała się dużą oryginalnością w kreacji głównej bohaterki. Nastoletnia Winter nie ma rodziców, przenosi się do obcego miasta, poznaje nowych przyjaciół i pewien przystojny nieznajomy zwraca jej uwagę. Nie będę marudzić, schemat podobny jak w niemal każdej tego typu historii, co tak naprawdę wcale mi nie przeszkadzało. Szkoda tylko, że autorka nie przyłożyła się do opisu bohaterów, którzy byli po prostu nijacy, żadna postać nie wywarła na mnie większego wrażenia. Plusem może być czarny charakter, bo przez większość część książki go nie podejrzewałam. Co do akcji to niby coś się dzieje: tajemnicze zniknięcia, marudzenie Winter na swoją sytuację, ukradkowe rzucanie spojrzeń w bibliotece, wampirzy napad, miłosne objawienie, odkrycie prawdy, walka i buzi na zakończenie. To tak w większym skrócie. Nie mogę zaprzeczyć, że autorka się starała, ale czuję niedosyt. Ta historia mogła mieć w sobie spory potencjał, a wyszło dość przeciętnie. Zakończenie też pozostawia wiele do życzenia, wszystkiego nie wyjaśnia, wiele wątków pozostało nierozwiązanych. Może będzie drugi tom?

Mimo swojej objętości książkę czyta się bardzo szybko za sprawą króciutkich rozdziałów, a może z powodu bardzo prostego języka. Historia wciąga, ale jak już wspomniałam, czegoś mi zabrakło. Może to wina słabej kreacji bohaterów, albo braku wyjaśnienia wszystkich wątków. Bez wątpienia jednak historia Winter to miła odmiana po marudzącej Belli i książkę mimo wszystko uważam za nienajgorszą. Lubicie wampirze motywy? Zaryzykujcie z powieścią Asii Greenhorn i odkryjcie, kim tak naprawdę jest Winter.

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Igrzyska śmierci - Suzanne Collins



Tytuł oryginału: The Hunger Games
Tłumaczenie: Hesko-Kołodzińska Małgorzata, Budkiewicz Piotr
Stron: 352
Wydawnictwo: Media Rodzina
Moja ocena: 6/6 - rewelacyjna


Długi czas nie mogłam przekonać się do sięgnięcia po Igrzyska śmierci. Z jednej strony wielki szał, mnóstwo pozytywnych opinii i wychwalanie całej trylogii pod niebiosa. Wiadomo, te wszystkie pochlebne komentarze nie pojawiły się znikąd, książka więc musi mieć w sobie coś wyjątkowego. Z drugiej strony obawa przed przereklamowaną i banalną historią, kolejnym paranormal romance spod znaku sagi Zmierzch, głupiutką opowiastką dla młodzieży. Dość sceptycznie podchodziłam do powieści autorstwa Suzanne Collins i odwlekałam lekturę. W końcu książka wpadła mi w ręce, zaczęłam czytać i przepadłam.

Przenosimy się do Panem, państwa otoczonego dwunastoma dystryktami. Główną bohaterką, jak i narratorką opowieści jest piętnastoletnia Katniss. Po śmierci ojca dziewczyna przejęła na siebie rolę wyżywienia rodziny, ponieważ matka zupełnie odcięła się od rzeczywistości. Historia rozpoczyna się tuż przed dożynkami, podczas których organizowane są Głodowe Igrzyska. Podczas losowania są wybierane dwie osoby z każdego dystryktu, które mają obowiązek w nich uczestniczyć. Na czym one polegają? Celem jest zabicie pozostałych zawodników i przetrwać, a całe wydarzenie jest transmitowane na żywo, dzięki czemu każdy może śledzić w domu poczynania trybutów. Ot, forma rozrywki, która ma uzmysłowić, że społeczeństwo jest całkowicie uzależnione od władzy. Katniss zgłasza się na ochotnika, aby jej siostra nie musiała brać w nich udziału. Tegoroczną areną igrzysk jest środek lasu. Na szczęście Katniss, która potrafi polować, wie jak zdobyć pożywienie w takim miejscu. Jednak czy to wystarczy, aby wygrać? Jak sobie poradzi z pozostałymi graczami? Dziewczyna jest gotowa zacząć walkę na śmierć i życie.

Dawno żadna książka tak mnie nie pochłonęła, jak Igrzyska śmierci. Zaczęłam czytać i odłożyłam dopiero po przewróceniu ostatniej strony, zła, że nie mam w domu kolejnych tomów. Nie jest to głupie romansidło dla nastolatek, ale oczywiście nie zabrakło wątku romantycznego, który został poprowadzony dość przewrotnie. Nie ma tu miejsca na nudnych i mdłych bohaterów, każdy z nich ma odpowiednie umiejętności i wiedzę, które pozwalają im przeżyć, a dzięki sprytowi wpadają na pomysł, w jaki sposób można wyeliminować przeciwnika. Nawet drugoplanowe postaci  mają w sobie coś intrygującego, co nie pozwala przejść obok nich obojętnie. Samo miejsce akcji daje duże pole do popisu, bo jak przetrwać w środku lasu, mając świadomość, że wokół czają się wrogowie? Autorka w rewelacyjny sposób oddała uczucie głodu, strachu i niebezpieczeństwa, opisy niektórych zdarzeń  są bardzo autentyczne. Świat wykreowany przez Collins fascynuje i przeraża zarazem, a okrutna polityka państwa dodaje jeszcze smaczku całej powieści.

Autorka napisała naprawdę zajmującą historię i to bez udziału bardzo ostatnio modnych wampirów, demonów i tym podobnych dziwacznych stworzeń. I to jest wielkim atutem tej książki, bo czy nie odczuwacie już przesytu tymi paranormalnymi istotami? U Collins można poczuć powiew oryginalności, stworzyła nowy świat w nieco postapokaliptycznej wersji, społeczeństwo zastraszone i zmanipulowane przez władzę, a sam pomysł, aby wysłać dzieciaki w dzicz, zdane tylko na własne możliwości i mające się wzajemnie wymordować, może wydać się nawet nieco drastyczny i brutalny. To wszystko powoduje, że książka intryguje już od pierwszych stron. Fabuła jest niezwykle wciągająca, sylwetki bohaterów barwne, akcja trzyma w napięciu, opisy są bardzo realistyczne i bez problemu można wczuć się w historię. Czego chcieć więcej? Polecam z całym przekonaniem.

piątek, 13 lipca 2012

Pamiętnik z przyszłości - Cecelia Ahern



Tytuł oryginału: The Book of Tomorrow
Tłumaczenie: Joanna Grabarek
Stron: 350
Wydawnictwo: Świat książki
Moja ocena: dobra


Większość pewnie kojarzy Cecelię Ahern z książką P.S. Kocham Cię!, powieść ta szybko stała się bestsellerem i doczekała się ekranizacji. Nie miałam okazji jej czytać, ale byłam ciekawa twórczości autorki. Słyszałam same ochy i achy na jej temat, więc tym bardziej byłam ciekawa, o co chodzi. Zupełnie przypadkowo wpadł mi w ręce Pamiętnik z przyszłości, który zakwalifikowałabym jako książkę dla młodzieży. Nie oznacza to jednak, że i starszych czytelników ta powieść nie zainteresuje.

Życie Tamary po śmierci ojca diametralnie się zmienia. Czasy markowych ubrań i wartościowych rzeczy minęły, jak ręką odjął. Dziewczyna musi sama sobie poradzić z nową sytuacją ponieważ matka przeżywa żałobę na swój sposób, całkowicie zamykając się w sobie. Przeprowadzają się do rodziny na wieś i Tamara nie potrafi się tu odnaleźć. Przyzwyczajona do wielkiego miasta i rozrywek, które niosą ze sobą centra handlowe, nie wie, co ze sobą zrobić. Poza tym nie potrafi dogadać się z ciotką, która pilnie ją obserwuje i śledzi każdy jej krok, a przede wszystkim stan matki, która odcięła się od rzeczywistości, nie daje jej spokoju. W okolicy pojawia się objazdowa biblioteka i Tamara znajduje książkę zamkniętą na klucz. Okazuje się, że jest to pamiętnik. Nie byłoby w tym nic wyjątkowego, gdyby nie to, że autorką pamiętnika jest sama Tamara, a wpisy mają jutrzejszą datę.

Zacznę może od postaci, które zostały całkiem zgrabnie wykreowane. W głównej bohaterce, która jest zarazem narratorem, zachodzi widoczna i pozytywna zmiana. Z samolubnej i rozpieszczonej jedynaczki staje się bardziej świadomą i rozsądną dziewczyną, którą bardzo martwi stan matki. A poczciwa Rosaleen, która szalenie działała mi na nerwy – to dopiero była irytująca kobieta, pokazała swoje drugie oblicze. Dużym plusem jest samo miejsce, w którym akcja powieści została osadzona. Bohaterowie mieszkają w stróżówce w pobliżu zamku, który czasy świetności ma dawno za sobą. W tej chwili zostały tylko ruiny, które skrywają swoją historię i kilka tajemnic, co stwarza wyjątkową atmosferę. Nie mam nic do zarzucenia językowi, bo czytało się dobrze i szybko, ale miałam wrażenie, że niektóre dialogi były wymuszone. Również poszczególne epizody, w moim odczuciu, były całkiem niepotrzebne, bez których książka na niczym by nie straciła, a tylko rozwlekały akcję.

Sam pomysł na fabułę jest ciekawy i ma spory potencjał (chociaż wydawało mi się, że w pełni nie został wykorzystany), a trochę sekretów rodzinnych urozmaiciło książkę. Autorka potrafi wzbudzić ciekawość, umiejętnie lawirując wokół tajemnicy, którą zdradza dopiero na sam koniec, nie spodziewałam się takiego rozegrania niektórych wątków. Nie ma tu zaskakujących zwrotów i napiętej akcji, ale sami bohaterowie i delikatny zarys intrygi to wynagradza. Powieść ma swoisty klimat, który jest na pewno sporą zaletą. Pamiętnik z przyszłości to było moje pierwsze spotkanie z twórczością Ahern i mogę powiedzieć, że udane. Spędziłam miły czas przy tej książce. 

wtorek, 15 maja 2012

Marina - Carlos Ruiz Zafón



Tytuł oryginału: Marina
Tłumaczenie: Katarzyna Okrasko & Carlos Marrodan Casas
Stron: 302
Wydawnictwo: MUZA SA
Moja ocena: bardzo dobra


Jakiś czas temu czytałam Cień wiatru i historia stworzona przez Zafóna mnie zafascynowała. Sama nie wiem, dlaczego nie sięgnęłam po inne książki tego autora. Ostatnio wpadła mi w ręce Marina i mogę szczerze powiedzieć, że proza Zafóna potrafi oczarować, przenieść nas w baśniowy nastrój i zaintrygować sekretami.

Akcja rozgrywa się w Barcelonie pod koniec lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia. Głównym bohaterem, jak i narratorem powieści jest Óskar Drai, piętnastoletni chłopak, który mieszka w internacie. Pewnego dnia wybrał się na spacer i trafił do na pozór opuszczonego domu. Usłyszał muzykę i zahipnotyzowany pięknym głosem wszedł do środka. Wiedziony strachem zupełnie niezamierzenie kradnie stary zegarek. Kilka dni potem, w skutek wyrzutów sumienia swoim postępkiem, wraca w tamto miejsce i spotyka dziewczynę imieniem Marina.

Z całą pewności znajomość z Mariną spowodowało, że z jego życia zniknęła rutyna. Dziewczyna zaciągnęła go na stary cmentarz i opowiedziała historię o pewnej kobiecie, która co miesiąc o tej samej porze przychodzi na bezimienny grób. Zaciekawieni postanowili ją śledzić i wplątali się w tajemniczą i niebezpieczną historię. Ich przygoda zaczęła się rozkręcać, a my poznajemy coraz bardziej intrygujące i niespodziewane wątki.

Książkę czyta się bardzo szybko, a opowiadana historia naprawdę wciąga. Fascynująca zagadka z przeszłości, której budzący strach, a nawet i odrazę ciąg dalszy dotyka naszych bohaterów, którzy starają się rozwikłać łamigłówkę. Sami nie wiedzą, dokąd ich to zaprowadzi i z pewnością nie spodziewali się takiego obrotu sprawy. Znajomość z Mariną i jej ojcem wywarła duży wpływ na Óskara. Chłopak zakochał się w dziewczynie, która również skrywa swoją tajemnicę, poznajemy również przeszłość ojca Mariny, który jest artystą. Te wszystkie wątki składają się na interesującą całość, a każda historia naszych bohaterów ma w sobie coś wyjątkowego.

Zafón stworzył mroczny, baśniowy klimat pośród niekończących się uliczek Barcelony i budowli, które czasy swojej świetności mają już dawno za sobą, ale nie straciły pewnego uroku. Mamy wrażenie, że każdy zaułek ma swój sekret, a w powietrzu wisi niepokojąca tajemnica. Dzięki opisom bez problemu wczułam się w tę swoistą atmosferę Barcelony owianej nutką grozy. Poznajemy fascynującą historię, w której nie zabrakło miłości, ale również chorych ambicji i eksperymentów na modłę doktora Frankensteina. Książka ma niezwykły klimat, ciekawy pomysł w rewelacyjnej oprawie. Serdecznie polecam.