czwartek, 14 marca 2019

Przeminęło z wiatrem - Margaret Mitchell


Legendarna powieść amerykańska

„Przeminęło z wiatrem” powstawało przez dziesięć lat. Dzieło życia Margaret Mitchell doceniono i autorka otrzymała nagrodę Pulitzera. Burzliwe losy Scarlett O’Hary i nieprzystępnego kapitana Butlera pochłaniają bez reszty, rozpalają serca i dostarczają mnóstwa wrażeń. To nie tylko historia o porywach namiętności, to przede wszystkim opowieść o niespokojnych czasach wojny secesyjnej i jej następstwach, o przemianach społeczno-kulturowych w Ameryce w drugiej połowie XIX wieku. Książka dość długo czekała na mojej półce, aż w końcu zmierzyłam się z tą klasyką literatury. I cóż mogę powiedzieć? Jestem oczarowana.

Scarlett O’Hara to rozpieszczona córka plantatora bawełny, której w głowie tylko bale i rozrywki. Żyje w dobrobycie, otoczona adoratorami, a jej jedynym problemem jest wybór odpowiedniej sukni. Szesnastoletnia panna upatrzyła sobie pięknego Ashleya na towarzysza życia i kiedy ów wybranek zaręcza się z inną kobietą, nudną i niepozorną Melanią, świat Scarlett niemal runął w posadach. Pod wpływem emocji dziewczyna podejmuje nierozważną decyzję, która jest początkiem diametralnych zmian w jej życiu. Wojna secesyjna i jej konsekwencje połączą na stałe losy Scarlett i Melanii oraz Rhetta Buttlera, który nie cieszy się dobrą opinią.

Zachwyciła mnie kreacja bohaterów, która jest szczegółowo dopracowana i bardzo różnorodna. Autorka przedstawiła cały przekrój charakterów, dzięki czemu miałam okazję poznać wiele wyjątkowych osób. Ludzi honorowych, kryształowo dobrych, ogarniętych namiętnościami i uprzedzeniami, doświadczonych życiowo, nie zabrakło również arogantów, cyników i kombinatorów. Protagoniści są autentyczni w swych działaniach i emocjach, co jest ogromnym walorem tej powieści. Sama postać Scarlett z pewnością nie jest czarno-biała i łatwa w ocenie. To silna i odważna młoda kobieta, a zarazem samolubna i bezkompromisowa, momentami zaś głupiutka. Niesamowicie barwna kreacja, wzbudzająca dość ambiwalentne uczucia. Mocno przywiązałam się do wszystkich bohaterów i z przejęciem śledziłam ich losy.

Tło historyczne i odwzorowane realia to kolejna ogromna zaleta tej monumentalnej powieści. Autorka opisuje różnice społeczne między Północą a Południem i z zainteresowaniem obserwowałam zachodzące zmiany w podzielonej społeczności amerykańskiej. Wybuch wojny secesyjnej i jej konsekwencje odcisnęły bolesne piętno na ludziach z Południa. Bogaci plantatorzy popadają w ruinę, upada niewolnictwo i znany świat przestaje istnieć. Nowa rzeczywistość jest dla wielu osób niesprawiedliwa i trudna do zaakceptowania, ponieważ stracili najbliższych, poczucie bezpieczeństwa i dorobek życia. Autorka przedstawia sytuację oczami pokonanych, którzy dzielnie walczyli za Sprawę, a teraz muszą poradzić sobie w obliczu klęski i przyzwyczaić się do nowych warunków. Mitchell skupia się na nastrojach w społeczeństwie po przegranej wojnie, poruszony został również wątek dotyczący czarnoskórych wyzwoleńców i działalności Ku Klux Klanu.

Przyłączam się do wszystkich peanów na cześć tej książki, ponieważ była to prawdziwa uczta literacka. Mówi się, że „Przeminęło z wiatrem” to historia miłosna wszech czasów i po części zgadzam się z tym stwierdzeniem, bo faktycznie istotny jest tutaj wątek uczuciowy. Jest to jednak zarazem doskonały punkt wyjścia do opowiedzenia kawałka historii Stanów Zjednoczonych. „Przeminęło z wiatrem” opowiada o końcu pewnej epoki i przemianach kulturowych, które ukształtowały nową rzeczywistość. To również pasjonująca opowieść o kobiecej odwadze i niezłomności. Klasyka w najlepszym wydaniu. Wspaniała lektura!

"Przeminęło z wiatrem", Margaret Mitchell, przekład: Celina Wieniewska, wydawnictwo: Albatros, stron: 1152

sobota, 2 marca 2019

Siostry - Bernard Minier


Martin Servaz po raz piąty

Na arenie francuskiego thrillera i powieści kryminalnych można wyróżnić kilka autorów, którzy wypracowali sobie przyzwoitą pozycję. Na pewno warto zwrócić uwagę na takie nazwiska jak Maxime Chattam, Pierre Lemaitre, Jean-Christophe Grange i rzecz jasna Bernard Minier. Ten ostatni pan stoi na samym podium mojego osobistego rankingu francuskojęzycznych pisarzy specjalizujących się w historiach z trupem w tle. Choć muszę przyznać, że ostatnio odrobinę spada w notowaniach. Minier swoimi początkowymi tomami o komendancie Servazie postawił sobie niezwykle wysoką poprzeczkę, której coraz trudniej mu dosięgnąć.

W „Siostrach”, które są piątą częścią serii, mamy do czynienia z fabułą na dwóch płaszczyznach czasowych. Najpierw obserwujemy początki policyjnej kariery głównego bohatera. Martin Servaz to jeszcze niedoświadczony młodziak, który bierze udział w swoim pierwszym poważnym śledztwie i od razu skacze na głęboką wodę. Zostają znalezione zwłoki dwóch sióstr, a inscenizacja na miejscu zbrodni jest dość teatralna, ponieważ dziewczęta ubrane są w sukienki komunijne. W sprawie pojawia się osoba pewnego pisarza, Erika Langa. Dwadzieścia pięć lat później Servaz prowadzi dochodzenie dotyczące śmierci kobiety i po raz kolejny na drodze policjanta staje ten sam autor. Przeszłość zaczyna się mieszać z bieżącym śledztwem.

Nie mniej istotne okazują się same powieści wspomnianego pisarza, ponieważ popełnione morderstwa są najwyraźniej nimi zainspirowane. Ktoś zamienia fikcję w okrutną rzeczywistość. Interesujący pomysł! Bernard Minier zręcznie nakreślił ten motyw i umiejętnie wkomponował w fabułę. Ponadto ciekawym elementem był wątek fanatyzmu, ponieważ mamy okazję przekonać się, do czego mogą być zdolni ludzie w swym niezdrowym uwielbianiu do innej osoby. Podobało mi się również poznanie przeszłości głównego bohatera i wydarzeń, które go ukształtowały. Jednak jeśli chodzi o codzienność Martina Servaza, to pojawia się wiele informacji i nawiązań z poprzednich tomów, więc warto poznawać ten cykl chronologicznie. 

Bernard Minier w swojej debiutanckiej powieści ("Bielszy odcień śmierci") zachwycił mnie umiejętnością budowania napięcia i tworzenia niepokojącej atmosfery. Natomiast w „Siostrach” odrobinę mi tego zabrakło, ponieważ nie czułam dreszczyku emocji, tej niepewności i trwogi. Fabuła mnie zaintrygowała, ale też nie czytałam z wypiekami na twarzy. Rozwiązanie zagadki kryminalnej okazało się zaskakujące choć zarazem odrobinę przekombinowane w moim odczuciu. „Siostry” to nie jest poziom, do którego przyzwyczaił nas Bernard Minier. Nie wiem, czy to już zmęczenie materiału, czy ja stałam się za bardzo wymagająca? Ta piąta część cyklu źle nie wypada, ale fajerwerków też nie było. Autora bez wątpienia stać na więcej.

"Siostry", Bernard Minier, przekład: Monika Szewc-Osiecka, wydawnictwo: Rebis, stron: 368

wtorek, 26 lutego 2019

Baronówna. Na tropie Wandy Kronenberg, najgroźniejszej polskiej agentki - Michał Wójcik


Agentka o stu twarzach

Wanda Kronenberg to postać mocno niejednoznaczna i wymykająca się wszelkim schematom. To polska agentka działająca na kilka frontów, skutecznie lawirowała między Gestapo, Abwehrą i Armią Krajową. Poznała struktury funkcjonowania niemieckich służb, orientowała się w działaniu polskiego Podziemia. W jej życiorysie znajdują się również wzmianki o donoszeniu NWKD i współpracy z wywiadem brytyjskim. Wanda Kronenberg manipulowała, oszukiwała i kolaborowała. Jaką grę tak naprawdę prowadziła? 

Michał Wójcik, dziennikarz i historyk, w jednej z relacji z okresu II wojny światowej natrafił na wzmiankę o kobiecie, idącej z pejczem w ręku do powstania. Zaintrygowany tą informacją zaczął drążyć temat. Temat, który zamienił się w obsesję, trwającą kilka lat. Z różnego rodzaju wspomnień, raportów, meldunków i donosów wyłaniał się fascynujący obraz Wandy Kronenberg, kobiety o kilku tożsamościach i niejasnych motywach działania. Kolejne źródła zamiast cokolwiek wyjaśniać, wprowadzały jeszcze większy mętlik i dezorientację, ponieważ niektóre informacje zupełnie się wykluczały. Michał Wójcik przedzierał się przez archiwalne materiały, próbując wyłuskać obraz niebezpiecznej agentki i odtworzyć jej losy.

Efektem niestrudzonej i czasochłonnej pracy autora jest książka, która traktuje nie tylko o nieuchwytnej Wandzie Kronenberg. Wójcik przedstawia również sylwetki osób, których losy łączą się z postacią tytułowej agentki. Ilość nazwisk i pseudonimów może trochę przytłaczać, ale na końcu dodano krótkie notki biograficzne najważniejszych ludzi, co w pewnym stopniu systematyzuje wiedzę. Bardzo zainteresował mnie także rozdział o ojcu Wandy i jego życiu po wojnie. Kronenberg stracił rodzinę i majątek, przebywał przez jakiś czas w areszcie, a po wyjeździe za granicę walczył o dobre imię córki.

„Baronównę” czytałam z dużym zainteresowaniem, ponieważ wcześniej w ogóle nie słyszałam o tej postaci. Szpiegowska kariera Wandy Kronenberg jest dość zagadkowa i potrafi zafascynować. Młoda kobieta balansowała na granicy życia i śmierci (kilka razy próbowano ja zabić), tocząc niebezpieczną grę z tajnymi służbami. Do gustu przypadł mi styl autora, w swoim dziennikarskim śledztwie opisuje również to, w jaki sposób dochodzi do określonych wniosków – z kim rozmawiał, jakie dokumenty okazały się niezbędne (w książce znajduje się aneks z wybranymi tekstami źródłowymi). „Baronówna” była ciekawą lekturą i według mnie jest to warta uwagi pozycja dla miłośników historii i szpiegowskiego fachu.

"Baronówna. Na tropie Wandy Kronenberg-najgroźniejszej polskiej agentki", Michał Wójcik, wydawnictwo: Znak Literanova, stron: 320

piątek, 22 lutego 2019

Przesunąć horyzont - Martyna Wojciechowska


Chcieć to móc!

Martyna Wojciechowska to kobieta z pasją. Uparta, nie boi się wyzwań i wytrwale dąży do wyznaczonego celu. Nie potrafi stać w miejscu, tylko korzysta z tego, co oferuje jej świat. Jeśli coś jest niemożliwe, to z satysfakcją udowodni, że jest wręcz przeciwnie. Podziwiam ją za odwagę i wytrwałość. Ta książka to zapis wspomnień z wyprawy na Mount Everest, która odbyła się w 2006 roku.

Ciekawe jest to, że Wojciechowska decyzję o zdobyciu najwyższego szczytu Ziemi podjęła, leżąc w łóżku unieruchomiona w gorsecie ortopedycznym. Tragiczny wypadek na Islandii odcisnął swoje piętno. Pomysł z ekspedycją na Mount Everest wyrwał ją z marazmu i na nowo pobudził do życia. Jak postanowiła, tak zrobiła! Zaczęła mocno przykładać się do rehabilitacji, następnie trenowała oraz nakreślała plany wyprawy, szukała sponsorów i przede wszystkim nie poddawała się w obliczu trudności. Miała konkretny cel.

Styl Martyny Wojciechowskiej jest lekki i bardzo przystępny w odbiorze, bez niepotrzebnych ozdobników i dygresji. Czytało mi się z przyjemnością. Narrację urozmaicają przytoczone fragmenty dziennika pisanego w czasie wyprawy, a także z smsy i e-maile od znajomych i rodziny, co pokazuje emocjonalną stronę tej niebezpiecznej podróży. Podobał mi się taki zabieg przedstawienia całej historii, ponieważ jest interesująco i wiarygodnie. Dodatkowo w książce znajdują się zdjęcia z ekspedycji, fotografie ukazują uczestników, a także majestat i piękno gór. Ciekawym elementem jest również zamieszczony na końcu słowniczek związany ze wspinaczką i grożącymi niebezpieczeństwami, kilka faktów o Mount Evereście i krótkie biografie uczestników i osób związanych z wyprawą. To ładnie podsumowuje i zamyka zapiski Martyny Wojciechowskiej.

"Przesunąć horyzont" to wspomnienia z wejścia na Mount Everest, zawierające opis przezwyciężania własnych słabości. To również relacja walki z ograniczeniami, które sami sobie często i niepotrzebnie stawiamy, nie wierząc we własne możliwości. To także historia o spełnianiu marzeń i poznawaniu siebie samego na nowo. Góry dają do myślenia. Podobała mi się ta książka, a tematyka górska jeszcze bardziej zainteresowała i na pewno sięgnę po inne tytuły traktujące o himalaizmie.

"Przesunąć horyzont", Martyna Wojciechowska, wydawnictwo: Burda Media Polska, stron: 264